Wieści z Bordeaux. Les Aubieres, RDL, 3 II 2020
Wieści z Bordeaux cz. 2.

Rodzina Skurczyńskich

WITAJCIE!

Niestety, nie raportowaliśmy od dawna, więc cofnę się szybciutko do października, kiedy pojawiliśmy się na powrót w Bordeaux. Dzieci na lotnisku w naszych fregatowych mundurkach wzbudzały nie lada zainteresowanie. Lądowanie mięliśmy ,,twarde”, ponieważ się okazało, że tego samego dnia miała miejsce powódź w mieszkaniu, na które miasto dało nam przydział. Przypomnę, że przez kilka miesięcy poszukiwaliśmy innego mieszkania na wszelkie sposoby. Rozwieszaliśmy nawet ogłoszenia, a w ramach zachęty TEGO KOGOŚ do wynajmu, pokazaliśmy zdjęcie z komunii Wandy, jak wszyscy stoją eleganccy… Z dopiskiem, że w czasie wolnym czytamy książki – co miało sugerować spokojnych lokatorów.

Tym razem urzędnicy zaskoczyli nas pozytywnie.

Z powodu awarii rury od ogrzewania wszystkie rzeczy leżące jak to po przeprowadzce – na podłogach, zostały zalane… Musiała interweniować straż pożarna, a samo suszenie ubranek i książek (!) trwało kilka tygodni, bo był to czas zbiorów w winnicach (vendanges) i ojciec rodziny był bardzo zaangażowany w doglądanie procesu produkcji. Pewnie to nie przypadek, że nasze projekcje, zabezpieczenia zostały nieco “oczyszczone”. Pewnego rodzaju walkę stanowi dla nas sytuacja po zalaniu – dwóch ubezpieczycieli nawzajem obarcza się odpowiedzialnością za pokrycie strat i remont zniszczonej ściany – za nami kilka inspekcji (ostatnia wizja lokalna ekspertów miała miejsce 7.01, z tego powodu nie mogliśmy Wam już towarzyszyć podczas Orszaku…), wiele formularzy i zaświadczeń – to specyfika tutejszej biurokracji. Zapewne wolą Pana jest zaakceptować tę ‘niekończącą się historię’ jak i wszelkie występujące tutaj szkodniki i… czekać cierpliwie.


Ale codzienność musi iść swoim rytmem, bien sur

Intensywny rytm wyznacza kurs francuskiego (Piotr ma konwersacje w ramach działalności stowarzyszenia na rzecz walki z analfabetyzmem wśród obcokrajowców; czasami oprócz lektorki Lydie przybywa też pochodzący z Dominikany pan o imieniu Estalin). Z kolei na moim kursie osiedlowym w ludotheque uczestnikiem jest min. Aslan z Algierii mieszkający tu w namiocie, poruszający się na wózku oraz Rabia z Syrii, której mąż zginął na ulicy podczas zamieszek, a ona z dziećmi zdecydowała się stamtąd uciec. Obydwoje opowiadali o ciężkiej tułaczce, pytali, czy też prosiliśmy Francję o azyl, czy możemy wrócić do Polski, jak będziemy chcieli… Epopeje o uchodźcach nagle dostają konkretne imiona naszych sąsiadów.


Nasza dzielnica nazywa się Les Aubieres, czyli Torfowisko.

Na murku przy wejściu można spotkać, o ile nie pada deszcz, plotkujące sąsiadki Turczynki w chustach i wzorzystych tunikach (a siedzą… oczywiście „po turecku”/”na kokardkę”). Piotr “oswoił” już miejscowego fryzjera Mustafę, który woła: “witaj mój bracie” jakby się pojawiał tu od dawna. Tadek zaś jest znany ze swojej świetnej gry w piłkę – ku mojemu zdziwieniu zaczepiają mnie czasem dzieci na osiedlu z zapytaniem czy jestem mamą „tego Tadeusza”. Niedawno po raz pierwszy zapukał do nas spontanicznie sąsiad Ben z Krysi klasy, przyszedł po dzieci na dwór. Tutaj jeszcze dzieci praktykują to zajęcie. Trafiła się nam też świetna opiekunka z ogłoszenia, Janelle, nastolatka pochodząca z Gabonu. Opiekuje się dziećmi podczas naszych spotkań wspólnoty. Kiedy wróciliśmy pewnego wieczoru wszyscy siedzieli przy oknie, jak przy emocjonującym filmie. Okazało się, że na parkingu zorganizowano (chyba samowolnie?) ogniska do spalenia suchych drzewek po świętach.

Wanda natomiast opiekuje się hodowlą mikroskopijnych wodnych żyjątek – artemis. Prowadzi dokumentację oraz pilnuje wszelkich zabiegów.


Po wielu staraniach dostaliśmy przydział z merostwa do szkół.

Jakże jest to już inne doświadczenie od tego czasu edukacji na wsi. Dzieci zgodnie orzekły, że są zadowolone – łatwiej jest im się komunikować, to pewne, dodatkowo krzepi ich fakt, że cała czwórka ma zajęcia w jednym budynku z kilkoma różnymi wejściami. Dzięki temu czasem się mogą spotkać. Jak tak patrzę sobie, to połowa mam chodzi w chustkach, zdarzają się hidżaby… Można też spotkać panów w tunikach do ziemi i klapkach, również w czapkach oznaczających pełnienie specjalnej funkcji w meczecie – ale Tadek już wie, żeby absolutnie się pilnować ze śmiechem, pokazywaniem palcem i komentarzami. W przedszkolu dzieci akurat bawią się w Bollywood o czym świadczył wielki napis z brokatu.

Początek i koniec każdej przerwy obwieszcza ciekawy hejnał

emitowany z megafonów na pół osiedla. Nasi bardzo to lubią. Na treningu piłkarskim na 20 chłopaków tylko 2 oprócz Antka było białych – zatem wysoka poprzeczka. Najstarszy uczęszcza do college. Teraz, kiedy to piszę, właśnie dostaliśmy od niego wiadomość, że utknął gdzieś w mieście wracając od jedynego kolegi, ponieważ znowu zaczęły się protesty i strajki gilets jaunes, czyli tzw. żółtych kamizelek.
Jeszcze niedawno, żeby wziąć dzieci ze szkoły na czas przerwy obiadowej, cztery razy dziennie przebywałam autem trasę 5km mijałam siedem zamków – pałacyków na tle zielonych winnic (a na horyzoncie intrygowały dwie nowoczesne wieże ciśnień – niczym stacje kosmiczne – nazywane tutaj chateau de l’eau, czyli zamek wody. Ten widok był rekompensatą samotności i trudności związanych z oddaleniem od miasta.

Teraz rzeczywiście musimy być nieco bardziej ostrożni,

ale dzieci mają szansę na zajęcia pozalekcyjne. A dostępna sieć tramwajów pozwala na poznawanie naszego „nowego” miasta, którego historia sięga czasów rzymskich. Naprawdę możemy być wdzięczni za tę różnorodność wrażeń.

Oczywiście nieporozumień językowo-kulturowych mamy całą kolekcję.

W wyniku czego spóźniamy się na spotkania, mylimy papiery i osoby, nie rozumiemy intencji rozmówcy, dochodzi do konfliktów… Najczęściej dzieje się to na polu naszej wspólnoty – to taka pierwsza doświadczalna mini społeczność. No trudno. Pozwalamy sobie na to, bo w końcu nie jesteśmy STĄD.
Oczywiście cieszą nas i ciekawią wszelkie wieści z Gdańska! Nawet drobnostki typu – w Parku Oliwskim wycięto drzewo, tamten wygrał turniej w ping-ponga, a w szkole pojawił się nowy regał.
La Paix avec Vous
 
Ala + Piotr z dziećmi
 


P.S. Na załączonym obrazku widać, że trochę jest tych Polaków w Bordeaux – udało się świętować 11. IX.

Napisany przez Alicja i Piotr Skurczyńscy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *